czwartek, 4 sierpnia 2016
niedziela, 16 listopada 2014
Spotykanie w podziemiu 地下室
[Sora]
Uczucie bliskości, jest jednym z tych wielu miłych doznań, które towarzyszyły mi dzisiejszej nocy. Miły dotyk, który sprawiał, że czułam się ważna, chociaż na chwile. Ciepła rozmowa, która według nas obydwóch, nie miała prawa się nigdy zdarzyć. Nie miała prawa, bo to było nierealne, aby takich dwóch jak my, mogli rozmawiać w sposób tak delikatny i subtelny. Używać słów, które w naszym życiu nie istnieją.
Spałam z nim, to na pewno złe określenie. Nie kochaliśmy się, my po prostu ze sobą spaliśmy, ale nie tak zwyczajnie. Nigdy wcześniej nie powiedziałabym, że Gaara Sabaku może być tak słodki. To słowo tak bardzo do niego nie pasuje, że aż ledwo przechodzi mi przez myśl. Jednak jak inaczej nazwać mężczyznę - przestępcę, który nieśmiało wtula się w moje włosy, aby zaraz położyć rękę na mojej tali. Po chwili przysuwając się bliżej, tak że teraz leżymy razem przytuleni, i mimo że jestem do niego odwrócona, czuję na sobie jego wzrok.
To było… nie do opisania. Na pewno nie logiczne, może i nawet głupie, ale to właśnie w tej głupocie tkwiło piękno. Piękno tej dłuższej chwili, która za pewne nie będzie nam dana jeszcze raz.
- Może jeszcze raz bym cię pocałował?
To pytanie. Nie mogłam nic opowiedzieć. Po chwili odwróciłam się do niego. Było za ciemno, aby ujrzeć blask jego tęczówek, który tak bardzo pragnęłam ujrzeć. Patrzyłam na niego otępiała, dalej nie mogąc wydusić z siebie ani słowa. Usłyszałam jego śmiech, a po chwili usta chłopaka znalazły się na moim czole, składając niewinny pocałunek.
- Kto by pomyślał, że jesteś taka nieśmiała - to był powód jego śmiechu.
- Nie jestem. Jest trzecia w nocy i uwierz mi, chyba już śpię - rzekłam.
Starałam się obronić. W połowie prawdą były moje słowa, ale tylko w połowie, bo Gaara jakąś nieśmiałość we mnie wzbudzał. Może było to spowodowane tą bliskością, zrodzoną tej nocy, między nami.
Obudzona rano przez płacz kota, wstałam i doprowadziłam się do porządku. Zaparzyłam sobie kawy i wróciłam do pokoju, gdzie nadal w moim łóżku spał Gaara. Nie wyglądało, aby zanosiło się na samoistną pobudkę chłopaka, więc postanowiłam działać. Odstawiłam kubek na parapet i podeszłam do łóżka. Złapałam poduszkę i mocno zacisnęłam ją na głowie czerwonowłosego, tak jakbym właśnie chciała go udusić. W tym momencie zdałam sobie sprawę, że nigdy nikogo nie udusiłam, więc może by tak…
Poczułam jak porusza głową, a po chwili zaczyna się szamotać. Nie zauważyłam, kiedy Sabaku złapał mnie za nadgarstki i mocno zacisnął na nich ręce, próbując mnie przewrócić. Poddałam się w efekcie czego wylądowałam na łóżku.
- Nienormalna jesteś - warknął - udusić mnie chciałaś? - zapytała, będąc nadal w amoku sennym. Zaśmiałam się na co cisnął we mnie poduszką.
- Ej! Uważaj sobie.
- Tobie bym radził uważać, idiotko. Nie mogłaś jakoś delikatniej mnie obudzić - sarknął zażenowany.
- Na przykład jak? - dopytywałam i lekko się przybliżałam.
- Tak.
Jego wargi wylądowały na moich ustach nim zdąrzyłąm cokolwiek zrobić. Poddałam się pieszczocie, swoją dłoń zatapiając w krwistych włosach chłopaka.
To naprawdę było nie logiczne
[Yahiko]
- Głupi?
- Ty? Tak.
Westchnął.
- Dajesz dziewczynie nadzieje, idioto. Sam mówiłeś, że Konan nie jest taką za którą chciałbyś się brać - mówił, a ja go ani trochę nie słuchałem.
Wypatrywałem tylko trójki osób, z którymi byłem dziś umówiony. Oczywiście najpierw spotkałem się z Nagato, który wcale nie był w szpitalu. Prawdą było, że doszło do bójki, ale pomiędzy nami. Skorzystałem, więc z okazji i wpadłem do Konan.
Nie czułem się winny, co próbował wmówić mi mój kumpel. Dziewczyna sama lgnęła do mnie. Chyba raczej dobrze zrobiłem, że ją pocałowałem, nie? Dałem jej chociaż na chwilę to marne szczęście. Lubię Konan, jest z niej fajna dupa, ale dla mnie byłby to za trudny związek w którym bym jeszcze musiał się starać. Jesteśmy z dwóch różnych światów, to nie ma po prostu prawa przetrwać.
- Znów chcesz dostać po ryju? Możemy zostawić ten temat? - zapytałem zirytowany i wyciągnąłem fajkę z kieszeni. Moja ostatnia. Grzebałem ręką w kieszeni szukając zapalniczki. - Masz ognia? - spojrzałem na Nagato.
- O ile pamiętam to ty wtedy mocniej oberwałeś - obruszył się i z dumą wypowiedział końcówkę zdania. Na jego szczęście był dzień, a obok nas przechodziło sporo ludzi, inaczej już by miał pizdę pod okiem.
- Masz, kurwa, ognia? - powtórzyłem, wkładając filtr do ust.
Wyciągnął z kieszeni zapalniczkę. Uratował mnie. Na głodzie nikotynowym, byłem czasem nie do zniesienia. Coś jak laski, kiedy mają okres, i po okresie, i przed… W sumie one są chyba cały czas podkurwione.
- Dzięki - wypowiedziałem wydychając dym.
- O stary, jesteś głupi - miałem ochotę warknąć na niego - Spadam, bo idą. Do kiedyś.
- Nara.
Patrzyłem jak Nagato zakłada plecak i odchodzi. Odprowadziłem go wzrokiem, aż zniknął wśród tłumu ludzi.
Zawiał nieprzyjemny przenikliwy wiatr. Cholerny listopad.
- Witam - powiedziałem, kiedy już do mnie podeszli - Jak było na balu? - pytanie bardziej skierowane do Sory, niż Gaary.
- Na balu jak na balu. Hidan wkradł mi się do domu i zabrał parę broni - odpowiedziała.
- Do mnie dzwonił Deidara. Kazał przyjrzeć się Sasori’emu. Ponoć ostatnio słyszał jak rozmawiał z Uchihami - przekazałem swoje informacje.
Dokładnie dziś nad ranem, Douhito obudził mnie i poinformował o zaistniałej sytuacji. Stwierdził, że nie jest pewny czy może ufać Sasori’emu. Ten ostatnio ponoć często gdzieś wychodził, mało robił dla mafii i był wiecznie rozkojarzony. Z jednej strony było mi trochę żal Deidary. Biedny zostaje z tym wszystkim sam.
- Nie ufa Sasori’emu? - dopytywał się Gaara. Ach te rodzinne więzy i takie tam.
- Nie.
- I oczywiście nie wiesz gdzie on teraz jest - odezwała się Konan, dziwnie gorzkim tonem.
Westchnąłem i mocniej zaciągnąłem się fajką.
- Jest w tamtym szarym budynku - wskazałam delikatnie głową na nieduży stary blok, który pewnie zamieszkiwany był przez jakieś biedoty. Równie dobrze mogłem ja tam mieszkać.
- I ty sobie tutaj tak na niego czekasz?
- Najpierw czekałem jeszcze na was, teraz jeszcze na niego.
- On tam może, do chuja, siedzieć do jutra - syknęła Sora.
- Masz chuja? - zignorowałem jej złość, nie byłbym sobą gdybym się nie uczepił.
- Daruj sobie. Wchodzimy tam, rozejrzymy się co to za miejsce i czy jeszcze tam jest. Jakoś specjalnie się nie ukrywasz z tym szpiegowaniem, więc mógł cię zawsze wyrolować - była zła na mnie. Co ja mówiłem o tych kobietach? Ze są wiecznie wkurwione? Mamy tutaj żywy dowód.
- Sora ma racje - dodał Gaara, a ja wybuchnąłem śmiechem. Jebany pantoflarz, pewnie zaruchał.
- To ja jestem informatorem, nie wy, więc wiem jak się to robi. Okej, jednak jak tak wam się śpieszy na rzeź to możemy tam wejść - dopaliłem moją ostatnią fajkę i rzuciłem peta. Wstałem z ławki.
- Macie broń? - zapytałem, tak na wszelki wypadek. Ja zawsze nosiłem przy sobie gnata.
- Coś mamy, ale jakoś specjalnie uzbrojeni nie jesteśmy - rzekła Konan.
Dziewczyny ruszyły z przodem.
- Zaruchałeś? - cholernie byłem ciekaw
- Głupi - trzeci raz dziś usłyszałem to określenie mojej osoby, jeszcze raz i zacznę się tym przejmować. - Ona nie jest taką se laską do ruchania. Poza tym nie zależy mi na tym - zaśmiał się.
- Czyżby miłość? - palnąłem i omal sam nie padłem ze śmiechu.
- Co? Wśród takich ludzi jak my? To możliwe?
[ Gaara ]
Weszliśmy do budynku, który okazał się być wcale nie zamieszkały. Zupełnie pusty i ciemny. Mimo wszystko nie był zaniedbany. Raczej ktoś tu regularnie przebywał a patrząc po śladach, częściej chodził do piwnicy niżeli na górę. Tak samo postąpiliśmy i my. Kiedy jednak znaleźliśmy się już na dole, do wyboru były dwie ścieżki, dlatego zmuszeni byliśmy się rozdzielić.
Logiczne było, że pójdę z Sorą. Umówiliśmy się, że jeżeli nic nie znajdziemy to za godzinę spotykamy się właśnie w tym miejscu. Ruszyliśmy. Na całe szczęśćcie zapalone były mizerne żarówki, które jakieś tam światło dawały, dzięki czemu w pomieszczeniu nie panowała ciemność.
- Myślisz, że…
- Myślę, że dziś spotkam się z Hidanem - odpowiedziała, nie dając mi dokończyć pytania. A wcale nie o to chciałem zapytać.
- Myślisz, że tamta dwójka jest razem? - dorównałem kroku, aby iść ramię w ramię z dziewczyną.
- Nie. Raczej nie, nie wiem. Nie znam się na tym - mruknęła jakby z lekkim zdenerwowaniem.
Zaśmiałem się. Czasem była naprawdę urocza. Weszliśmy do pierwszego pokoju. Ciemne pomieszczenie, raczej nie odwiedzane o czym świadczył kurz na starym obdrapanym biurku oraz przewróconym krześle bez jednej nogi. Idąc dalej, potknąłem się o stos jakiś papierów. Schyliłem się aby zobaczyć co to, niestety były zbyt stare i zżółknięte aby cokolwiek z nich odczytać.
- Czy może nie lubisz o tym gadać? - powróciłem do tematu, kiedy wyszliśmy z pokoju.
- Może. To ich życie, więc mnie nie powinno to interesować - znów wyczułem, że się denerwuje.
- Nie lubisz plotkować? - zapytałem z udawanym zdziwieniem, aby rozładować trochę atmosferę.
- Nie - mruknęła powoli otwierając kolejne drzwi. Wyciągnęła swoją broń, więc poszedłem za jej przykładem i również w mojej dłoni spoczął rewolwer. Tak na wszelki wypadek.
Weszliśmy do kolejnego pokoju, który wyglądał już znacznie lepiej niż poprzedni. Co więcej biurko było obłożone dokumentami. Jednak to co sprawiło, że moje serce zabiło trochę mocniej, był widok ciepłego kubka kawy z którego ulatniała się para. Kurwa, ktoś tu był, a ja jakoś nie miałem zamiaru dziś psuć sobie dnia.
- Tu są moje i Tayuyi akta - usłyszałem głos Sory, która przeglądała półki w szafie obok biurka.
Podszedłem do niej bliżej. Kimkolwiek był ten człowiek, prowadził kartoteki wielu osób, zaraz nawet zauważyłem w nich swoje imię.
- Gaara Sabaku. Zagrożenie - niskie. Kurwa ja mu dam niskie - sarknąłem lekko zirytowany.
Przeglądałem dalej swoją kartę, były wypisane wszystkie moje zbrodnie, to co robię w czasie wolnym i gdzie mieszkam. Poczułem dziwne uczucie ściskania w żołądku, kiedy to przeglądałem. Trudno było mi się przyznać do tego przed sobą, ale niestety opanował mnie lekki strach. Koleś wiedział o mnie więcej niż ojciec niż ja sam. Niektórych wypisanych przekrętów nawet ja nie pamiętałem.
- Ha! Przy mnie jest wysokie - pochwaliła się i spojrzała na mnie z wyższością.
- Też mi coś. Rozwaliłbym cię jednym palcem.
- No to dawaj.
Złapałem ją mocno w talii i przyciągnąłem do siebie. Lekko musnąłem ustami jej czoło. Zachichotała.
- Nie biję słabszych.
- Przestań to robić - mruknęła i próbowała się ode mnie odsunąć. Głupia myślała, że ją puszcze.
- Ale co?
- To… To wszystko, bo sobie jeszcze coś pomyślę.
- Myśl co chcesz - i ponownie ją pocałowałem. Naprawdę zabawna była ta jej skromność czy nieśmiałość.
- Mogę wam przerwać, kochasie? - usłyszałem nieznajomy głos.
[Konan]
Nie byłam głupia. Sprawdziłam czy Nagato rzeczywiście był w szpitalu. Yahiko oszukał mnie, a ja poczułam się jak słodka idiotka, która we wszystko wierzy. Szczerze miałam ochotę rozwalić mu ten fałszywy, rudy ryj. Jedyne co mnie powstrzymywało, to robota, którą musimy razem skończyć. Miał szczęście i chyba dzięki temu szczęści jeszcze chodził po tym świecie, ale nie wróżę mu dobrej przyszłości.
Moja miłość do niego po tym incydencie osłabła. Chyba nawet już go nie kochałam, ale dalej w jakiś sposób ten idiota mnie pociągnął. To było takie chore. Wręcz lekko bolesne dla mnie.
- Sprawdźmy tu - rzekł i wszedł do pierwszego pomieszczenia, zanim jednak zdążyłam też się tam udać, chłopak wyszedł.
- Szybki jesteś - mruknęłam
- Nic tam nie było. Pusto.
Szliśmy w niemiłej ciszy. Powodowało to jeszcze większe napięcie wsród nas.
- O co ci, kurwa, chodzi? - zapytał w końcu.
- Fajnie było mnie oszukiwać. Nie jestem głupia - warknęłam w jego stronę i szłam dalej. Ech, byłam wściekła za to, że nadal jego głos w jakiś sposób na mnie działa.
- Nie mów, że ci się nie podobało? - zapytał szarmancko i lekko ugodził mnie palcem w plecy.
Odwróciłam się z zamiarem strącenia mu tego uśmiechu. Niestety przewidział mój ruch i mocno chwycił nadgarstek ręki, która zatrzymała się przed jego twarzą. Gnój.
- Podobało? - zapytał ponownie.
- To nie ma znaczenia - warknęłam, no przecież się nie przyznam do swojej słabości.
- Ciekawe. To, że się tobie podobam też nie ma znaczenia? - zapytał podnosząc jedną brew do góry. Tym razem się nie uśmiechał, a raczej mogłabym powiedzieć, że był poważny.
Dwie Konan w moim mózgu prowadziły zażartą dyskusję o to, co mam mu odpowiedzieć. Według mnie, każda z tych propozycji była równie głupia. Na to pytanie nie dało się odpowiedzieć z sensem. Bardziej zaliczyłabym to do pytania retorycznego, ale mina Yahiko wskazywała na to, iż wyczekuje odpowiedzi. Westchnęłam.
- Nie ma - mruknęłam i spojrzałam mu głębiej w oczy - Już nie ma.
Puścił moją rękę i przeczesał swoje włosy. Wypuścił powietrze, zastanawiając się co ma mi powiedzieć.
- Wiesz, że to by nie miało sensu? Ja raczej długo nie pożyję na tym świecie. Taki mam styl życia. Szybki, beztroski. Nie należę do ludzi, którzy chcą mieć dom, dzieci rodzinę i jeździć sobie na wakacje - zaśmiał się.
- To ma być wytłumaczenie twojego skurwysyńskiego zachowania? Beznadzieje, nadal chce dać ci w ryj - powiedziałam z irytacją w głosie, a na mojej twarzy zagościł sztuczny, chłodny uśmiech.
- Nie. Jestem skurwysynem i nie chcę się tłumaczyć. Chce ci jedynie powiedzieć, że nasz związek nie miałby szans, nawet gdybym chciał - kurwa, zabolało. Co ma znaczyć nawet gdybym chciał?
- Nawet gdybym chciał - mruknęłam sama do siebie i oparłam się o ścianę.
- Kurwa, chciałem. Do cholery też mi się podobałaś, jesteś super laską, ale to by nie miało sensu. Oboje byśmy później cierpieli, nie rozumiesz? Czasem się po prostu nie da - podszedł do mnie bliżej. - Przepraszam, serio.
Nie myśląc przyciągnęłam go bliżej siebie i pocałowałam. Yahiko nie trzeba było długo namawiać i zaraz poczułam jak łapie mnie w talii. Lekko przygryzałam jego wargi w tym długim oraz namiętnym pocałunku. Czułam jak się uśmiecha i pieści moje podniebienie.
- Teraz jesteśmy kwita. Wykonajmy swoją robotę, a nie - zaśmiałam się.
Chyba rzeczywiście to było najlepszym rozwiązaniem. Czasem po prostu coś nie miało prawa bytu. Tego prawa nie miał nasz związek.
[ Sora ]
Odsunęłam się od Gaary, a w ciemności dostrzegłam siwe włosy. Zaraz ukazała się cała postać na co lekko się uśmiechnęłam.
- Hidan - mruknęłam.
- Oj, Sora, Sora - usłyszałam ten sam lekceważący ton. - Nie posłuchałaś mnie. Wmieszałaś się w to całe gówno, a wiesz co się dzieje, kiedy się mnie nie słucha - zaśmiał się, a w jego ręku dostrzegłam broń palną.
Nie było dobrze, naprawdę nie było.
- Jakoś musiałam przetrwać.
- Ach tak… To chyba złą drogę wybrałaś, bo wątpię, że wyjdziesz z tego cało. Idziecie ze mną, a jak nie to odstrzelę wam łeb. Prosty rachunek.
Nie wierzyłam. Znaczy zdawałam sobie sprawę z tego, że będzie zły, da mi może w twarz, ale nie, ze będzie chciał zabić. Nigdy nie rzucał słów na wiatr, więc nawet nie przyszło mi na myśl, że mógłby to być nieśmieszny żart.
- Chyba sobie…
- Gaara zamknij się! - syknęłam przerywając mu. Ruszyłam w stronę Hidana i spojrzałam wyczekująco na czerwonowłosego.
- Lepiej zrób to samo co twoja panienka, czasem myśli.
Ruszył. Chujowa sytuacja.
[ Yahiko ]
Minęła godzina. Razem z Konan siedzieliśmy w umówionym miejscu, wyczekując tamtej dwójki. Coś było nie wporządku. Nam udało się sprawdzić wszystko w pół godziny, a oni nadal nie wracali. Nawet nie było ich słychać.
- Zadzwonię do Dei’a - powiedziałem wyciągając telefon.
- Po co? Nic tu nie ma.
- Tamci coś długo nie wracają, pójdziemy ich szukać, może coś mają. Nie zaszkodzi jednak powiadomić Deidary, gdzie jesteśmy.
Wybrałem dany numer.
- Kurwa, poczta. Słuchaj jesteśmy w tym budynku o którym ci mówiłem w piwnicy, idziemy z Konan po Sore i Gaare. Coś mi tu śmierdzi, może to fałszywy alarm, ale nie zaszkodziłoby gdybyś tu wpadł z jakąś ekipą - nagrałem się na elektroniczną sekretarkę i schowałem telefon do kieszeni.
Wstałem i podałem rękę dziewczynie. Delikatnie ją ujęła, uśmiechając się.
- Wiesz co? - zagaiła
- Hmm?
- Mimo wszystko musimy się ze sobą przespać, jak skończymy tą misje. Tak bez zobowiązań
Spojrzałem na nią zdziwiony. Nie spodziewałem się takiej propozycji z jej ust.
- Jesteś tego pewna?
- Jasne. Bez zobowiązań - jej twarz nagle się skrzywiła - Czujesz, śmierdzi jakby…
- Trupem.
____________________________
Kurczaki, wkurzyłam się. Coś się jebło i zamiast myślników były punkty, niektóre wyrazy się posklejały, po prostu masakra.
Znacie coś takiego jak macie pomysł, wiecie co pisać, jest git, ale ne umiecie ubrać tego ładnie w słowa tak poetycko? Właśnie w tym rozdziale tak miałam jak widać. Poszłam strasznie na skróty ;___;
Generalnie wszystko jest już ładnie zaplanowane.
30.11 - kolejny rozdział
7.12 - kolejny
14.12 - kolejny i ostatni
19.12 - epilog
Aaaaa!
3.01 - prolog na nowe opowiadanie, które uwaga nie będzie dramatem.
Oczywiście zostaje przy postaciach Gaara, Sora, Yahiko, Konan. Nie inaczej.
Yo :3
piątek, 17 października 2014
Kilka prawd 真の
[Gaara]
- Pocałuj mnie - usłyszałem, kiedy na chwile zatrzymaliśmy się, oczywiście przez nią. Biedna, musiała zdjąć buty bo troszkę ją obcierały. Trzeba było założyć, takie które są wygodne, ta kobieca logika. Przystanęliśmy na boku chodnika jakiejś pobocznej ulicy, która prowadziła do domu Sory. I okej, wszystko było w jakimś tam porządku, aż tu nagle porządek się burzy przez jedno zdanie.
Przepraszam, co?
Patrzyłem na nią osłupiałym wzrokiem, powoli marszcząc brwi. Nie odwróciła wzroku jak to zrobiła na balu. Staliśmy na przeciwko siebie jakbyśmy mieli się zaraz bić. Chyba pierwszy raz w życiu nie wiedziałem jak mam się zachować. Zaskoczyła mnie, zwaliła wręcz z nóg.
Ale chyba nie będę pizdą, nie?
Dlatego też ująłem jedną dłonią jej twarz i... pocałowałem. No co? Co miałem zrobić? Przecież tego chciała. Widziałem jak zamyka oczy i delikatnie się uśmiechnąłem.
Dlatego też ująłem jedną dłonią jej twarz i... pocałowałem. No co? Co miałem zrobić? Przecież tego chciała. Widziałem jak zamyka oczy i delikatnie się uśmiechnąłem.
- No, no gratuluje. Totalnie mnie rozwaliłaś - zaśmiałem się.
Nic nie powiedziała. Westchnęła, aby uśmiechnąć się tym samym uśmiechem którym podarowała mnie wtedy na dachu. Nie straciła swojej pewności siebie.
- Widzisz po prostu się nigdy nie całowałam. A coś czuje, że nie pożyję za długo - wytłumaczyła całkiem spokojnie. Jak dla mnie powinna być raczej nieśmiała czy coś... Ale no tak... W sumie jakie dla niej ma znaczenie taki pocałunek przy tylu zabójstwach. Raczej nic, więc nie powinienem się dziwić.
- Lista rzeczy, które masz zamiar zrobić zanim umrzesz? - zapytałem ruszając do przodu.
- Coś koło tego, nie jest ich jednak dużo.
- To smutne to twoje życie - skwitowałem.
- Zależy jak to się interpretuje. Wiesz na pewno jest zaskakujące, nieprzewidywalny, niebezpieczne i ciekawe. A jak dla mnie to najlepsze wartości - spojrzała mi w oczy.
- No. Przeżyłaś więcej niż nie jeden osiemdziesięciolatek.
- Teraz do tego zalicza się pocałunek - zaśmiała się.
I nie wiedziałem co jej odpowiedzieć. Chciałbym powiedzieć, że towarzyszyła nam cisza, ale to Kioto. Tutaj nigdy nie jest cicho nawet jak jesteś na opuszczonej dzielni. Pisk opon, klakson, ruch uliczny, jakaś muzyka, szczekanie, krzyki ulicznych oprychów. Miasto nigdy nie spało tak jak nigdy nie pozwalało cieszyć się ciszą.
Minęliśmy jednia latarnię, drugą, trzecią, aż cisza pomiędzy nami była zbyt upierdliwa.
- Dlaczego mówisz, że zostało ci mało czasu? - zapytałem
- Powiedziałam, że nie pożyję za długo. Po prostu... tak jakoś...
- To nie jest odpowiedź.
- Tak czuję, nie potrafię tego wytłumaczyć - zarzekała się.
Chwila przerwy na przemyślenia, na kilka oddechów, na usłyszenia tętna miasta.
- Kiedyś miałem myśli samobójcze, ale nigdy sobie nic nie zrobiłem takiego poważnego. Nie dlatego, że wierzyłem w lepsze jutro czy coś. Gówno prawda z tym lepszym jutrem. Po prostu zdałem sobie sprawę, że bycie samobójcą jest równoznaczne z bycie tchórzem. To takie poddanie się, więc nie ważne jak jest mi ciężko, ja muszę żyć i się z tym wszystkim mierzyć.
- Twierdzisz, że mam myśli samobójcze? - zapytała krzywo się uśmiechając, ale nie była jakoś zła. Byłem wręcz pewien, że chciała się zaśmiać.
- Nie, nie...
- Jak nie? - uniosła brew do góry.
Przeczesałem ręką włosy chichocząc.
- No dobra. Masz mnie.
- Nie to nie z tego powodu mówię, że długo nie pożyję. Mam po prostu bardzo dużo wrogów, kiedyś byłam nieprzenikniona, nikt nie wiedział gdzie mieszkam, z nikim się tak jakoś bliżej nie zadawałam, byłam wręcz...
- Niedostępna - dokończyłem.
- Tak. Byłam trochę jak duch. Niby ktoś taki jak Sora Naoto istniał, ale nie żył.
Zatrzymaliśmy się przed drzwiami. Otworzyła je i głową kiwnęła, abym wszedł. Zazwyczaj akcje zostania u dziewczyn na noc, kończyły się w jednoznaczny sposób. Jednakże w tamtej chwili nawet o tym nie pomyślałem. Nie traktowałem ją jak jakąś atrakcyjną laskę na zaliczenie. Nie była nią i grzechem by było porównanie jej do takiej.
- Czyli żyłaś od zabójstwa do zabójstwa - wywnioskowałem.
- Tak to można w skrócie ująć. Śmieszne bo Hidan zawsze stronił od tego, aby mnie wciągnąć w to bagno. Ale cóż, teraz już nie jestem duchem. Zmieniło się.
- Czyżby pocałunek przywrócił cię do życia? - zaśmiałem się.
- Dowcipniś. Chodź do kuchni - nakazała.
- Zawsze mnie tam zaprowadzasz - zaśmiałem się.
Tak naprawdę chyba nigdy nie byłem w jej pokoju, albo byłem... Nie pamiętam, co oznacza, że raczej mnie tam nie było. A może wtedy byłem pijany... Nie to wychodzi z rachuby. Kiedy jestem pijany to ląduję w innych domach, a ostatnio najczęściej był to dom Matsuri.
Kuchnia. Ponoć królestwo kobiet i aż cisnęło mnie, żeby jej to powiedzieć. Usłyszałem miauknięcie. Spojrzałem w dół, gdzie stała Yume. Wziąłem ją na ręce, a ta potarła mnie swoim łepkiem, aby zaraz polizać mnie po policzku. Bleee... Odsunąłem się i skrzywiłem, słysząc śmiech Sory. No śmieszne w chuj, że kot mnie polizał. To poczucie humoru.
- Chcesz wina? - zapytała.
- Nalej gospodynio.
Patrzyłem jak staje na palcach, aby wyciągnąć z górnej półki butelkę, jak zauważyłem, wytrawnego białego wina. Ohyda, no ale dobra potowarzyszę jej. Zaraz potem na blacie postawiła kielichy do których nalała alkoholu. Odłożyłem kota na ziemię i chwyciłem naczynie. Wypróbowałem trunku i stwierdziłem, że to chyba najohydniejsze wino, które kiedykolwiek piłem.
- Aż takie nie dobre? - spytała widząc moją minę.
- Nie dobre to mało powiedziane. Co ty kobieto pijasz? - zapytałem retorycznie, krzywo patrząc się na przezroczystą ciecz.
- To wino ma piętnaście lat Gaara. To klasa sama w sobie. Nie znasz się na żadnych innych alkoholach oprócz wódki? - spojrzała z zażenowaniem i usiadła na blacie, gdzie przed chwilą stała butelka. Podszedłem bliżej.
- Piwo.
- Biednyś - stwierdziła i upiła łyk wina,
- Wolę rozkoszować się w whiskey niż w jakich winkach - stwierdziłem.
- Poczuj się jak Ojciec Chrzestny.
Zaśmiałem się i stuknąłem swoim kielichem o naczynie dziewczyny, po czym upiłem łyk niedobrej cieczy.
- Wracając do poprzedniego tematu... - zacząłem.
- Ech, tak przywrócił do życia - mruknęła.
- Nie akurat do tego chciałem wracać, ale dobrze, że się przyznałaś - zaśmiałem się.
Dziewczyna walnęła się w czoło, przez co wylała na siebie wino. Zaraz potem było słychać tylko charakterystyczny dźwięk tłuczonego szkła. Roześmiałem się jeszcze głośniej.
- Co za baba - powiedziałem, kiedy się trochę uspokoiłem. Patrzyła na mnie błagalnym tonem i westchnęła. Zeszła z blatu i syknęła. Tak jak myślałem wbiła sobie odłamek szkła w nogę. Idiotka, no idiotka.
- To wszystko przez ciebie - warknęła, udając złą.
No jasne. Zawsze wszystko jest moją winą, najlepiej zgonić na kogoś. Typowa kobieta. Chyba się powtarzam.
- Tak. To ja polałem twoją sukienkę, rozbiłem kielich i na szkło nadziałem twoją stopę - zironizowałem - Nie pij więcej.
- He, he, he. Idę się przebrać, zaczekaj.
Wyszła koślawo z kuchni, uważając, aby jeszcze głębiej nie wbić sobie szkła. Stwierdziłem, że będę taki dobry i posprzątam. Odnalazłem zmiotkę i wyrzuciłem drobne kryształy. Oczywiście w czasie tego musiałem sie mordować z kotem, który bardzo chciał się skaleczyć. Emo pierdolone. Co chwila musiałem ją odpychać, aby nie weszła na jakiś kawałek szkła. Jaka pani taki kot, no idealne stwierdzenie.
- Spierdalaj - syknąłem i pchnąłem ją trochę mocniej. Chyba się na mnie obraziła, bo już więcej nie przyszła. Och, jakoś nie jest mi żal.
Wytarłem pozostałości z ohydnego winka z blatu, a swoje zaraz wypiłem duszkiem.
- Gaara! - usłyszałem, kiedy włożyłem pusty kielich do zlewu.
Wyszedłem z kuchni, ale pech chciał, że nie znałem domu Sory, więc jeżeli się topi to ma chyba pecha.
- Gdzie ty do cholery jesteś?!
- Idź prosto i drugie drzwi po lewej - usłyszałem.
Posłużyłem się wskazówkami i po chwili znalazłem się w pokoju Sory. Siedziała w seiza na podłodze odwrócona do mnie plecami. Miała na sobie brązową tunikę z długim rękawem. Zauważyłem, że nie opatrzyła jeszcze rany, którą miała na pięcie, dlatego ciurkiem po jej stopie spływała krew. Tak trochę głupio mi było za nią stać, więc przeszedłem do przodu.
- Co jest?
- Czy komukolwiek kiedyś mówiłeś gdzie mieszkam? - zapytała poważnie i z takim samym wzrokiem na mnie patrzyła. Gdybym nie był sobą, pewnie bym się przestraszył.
- Nie.
Dopiero teraz zwróciłem uwagę nad czym tak ślęczy. Było to wejście do piwnicy, które było zabezpieczone kodem. Spojrzałem w bok, gdzie leżał dywan oraz deski, które miały zakamuflować przejście.
- Ktoś chyba zapomniał po sobie posprzątać - warknęła - Musiał uciec chwile przed tym jak weszliśmy do domu. Zauważył nas z tego okna, kiedy szliśmy drogą. Gdybyśmy przyszli wcześniej dorwalibyśmy go na dole - mówiła bardziej do siebie niż do mnie. Jej wzrok utkwił przy tabeli z cyframi, gdzie wpisywało się kod. - Mogliśmy darować sobie ten pocałunek - uśmiechnęła się i spojrzała na mnie.
- Aż tak ci się nie podobało? - sarknąłem.
- No mogło być lepiej, ale zostawmy tą dyskusje na później. Gdybyś mógł się na chwile odwrócić.
- Ach, tak - spełniłem prośbę, aby mogła w spokoju wpisać kod.
- Już. Jeżeli komuś o...
- Będę milczał - zarzekłem się.
- Inaczej cię bez skrupułów zabiję - ostrzegła zimno i otworzyła klapę. - Chodź.
Musiała wymacać ręka włącznik, ponieważ po chwili zapaliło się światło. Zeszliśmy po drewnianej drabince na dół. I w sumie pomieszczenie, oprócz jednego, to nie zaskoczyło mnie niczym. Pomieszczenie o polu dziewięciu metrów kwadratowych. Nie pomalowane, pajęczyny, szafki z drewna. Brak ozdób, ponure światło po prostu taka typowa spiżarnia lub piwniczka.
Ale...
W typowych piwniczkach nie trzyma się broni białych oraz palnych prawda? Ani kilkunastu książek, które wyglądają na ważne. Nie każdy w domu ma AK-74, rewolwery czy noże kaukaskie lub norweskie.
- Aha - tyle z siebie wydusiłem.
- Nigdy z tego nie korzystałam i nie zamierzam. To wszystko jest Hidana i niestety muszę stwierdzić, że nie ma kilku jego broni - mruknęła zła.
- Jak mniemam nikt oprócz ciebie i Hidana nie zna hasła?
- Nie. Nawet nigdzie nie jest ono zapisane.
- Drzwi nie wyglądały na uszkodzone, więc ktoś kto tu wszedł...
- Hidan wcale nie został porwany - powiedziała to na głos.
[Sora]
Musiałam oprzeć się o ścianę. Zdołałam wydusić z siebie jedynie to, że nie został porwany, ale myśli były jeszcze szersze. Wszystko jakoś ułożyło się w całość. Spojrzałam na Gaare. Widziałam jak do mnie podchodzi i wyciąga rękę. Ujęłam jego dłoń. I to na tą chwilę wystarczyło. Wystarczyło, bo wiedziałam, że ktoś przy mnie jest. Nie byłam sama i to było naprawdę... piękne.
- Był tutaj. Przed chwilą - wypowiedział moje myśli.
- Okłamywał mnie.
- A może chronił, nie pomyślałaś o tym?
I wtedy coś zaczęło mi świtać, ale było za wcześnie żeby wypowiedzieć to na głos. Nie mogłam wręcz w to wierzyć. Wtedy upadło by wszystko, dosłownie wszystko.
- Chodźmy stąd. Musimy powiadomić o tym Yahiko i Konan, a później spotkać się z Deidarą.
Wyszłam pierwsza, ufając tym samym Gaarze, że nie zabierze żadnej broni.
Kiedy był już na górze, zamknęłam drzwi i zablokowałam. Nałożyłam na to deski, a później przykryłam dywanem.
- Chyba wolałabym nie wiedzieć.
- Wolisz uciekać od problemów? - zapytał zdegustowany.
- Nie, ale...
- Wolisz.
Westchnęłam i usiadłam na łóżku.
- Teraz tak. Pamiętasz jak kazałeś mi sobie coś przypomnieć o siostrze? - zapytałam go i klepnęłam miejsce na łóżku aby też usiadł. - Hidan zawsze stronił od jakichkolwiek moich kontaktów z ludźmi, a jeżeli nie przestrzegałam jego zasad to... Było źle. Teraz widzi jak bardzo nie uszanowałam jego zasad. Posunęłam się nawet do tego, aby sprowadzić kogoś do domu. To mogło go mocno wkurzyć.
- Przestań pieprzyć. Masz żyć jak jakis kurwa mnich czy co? Zasady sa po to żeby je łamać, czy jakoś tak. Poza tym nauczyłem się w szkole, że człowiek to istota społeczna, łał coś mi sie przydało ze szkoły. Pomijając, jeżeli jesteśmy społeczni to znaczy, że musimy żyć chyba w jakiś grupach nie?
- Łał nauczyłeś się czegoś w szkole. Uszanowanko - zaśmiałam się. Na co on dał mi kuksańca w ramię.
- Hidan najwidoczniej był chyba psychicznie chory, skoro potrafił się tak odseparować. Chociaż zawsze miał ciebie.
- Czasem stajesz się taki przez swój los - próbowałam go jakoś bronić.
- A ty jego losy znałaś?
- Nie. Niestety nic o nim nie wiedziałam. O jego historii.
- Więc widzisz... Nie znasz go do końca.
Cisza.
- Chodźmy spać - rzekłam.
________________________________
BU!
Więc miało to być trochę inaczej, ale wyszło tak.
Coś powiem wam przez te przerwy zapomniałam jak się pisze. Wiem, że mam bardzo dużo błędów. Generalnie napisanie jakiejkolwiek sceny erotycznej jest dla mnie teraz
okropne...
God why?
Nigdy tak nie miałam, a teraz po prostu nie potrafię.
Błagam niech to minie. Ten rozdział miał wyglądać inaczej, miał być dłuższy, ale przez to, że nie potrafię napisać tego hentai'a, to się jebło.
Wyszło coś takiego z udziałem jedynie Gaary i Sory.
Do końca Testamentu zostały jakieś 4/5 rozdziałów.
Zdecydowałam, że kolejny rozdział dam w Halloween.
Koniec przewidywany na 19.12.14
Zadowoleni?
Pewnie widzicie, że jakoś coś mam kryzys twórczy. Zdania wyglądają jak u 6 latka, fabuła taka nijaka. Brak opisów, a jak są to okropnie ubogie. Jakbym chciała opisać sztukę barokową w trzech zdaniach. Przecież to nie ma miejsca bycia ;______;
Kurcze mimo wszystko lubię tą historię. Naprawdę i żałuję, ze tak ją nie dopracowałam i zepsułam w między czasie, ale cóż.
A co kiedy skończę tego bloga?
Zmieniam nick.
I piszę kolejnego, którego chcę rozpocząć pierwszego stycznia.
To takie moje plany.
Tyle z mojego życia.
P.S. Powinniście sie cieszyć, że wróciłam, bo generalnie zaczął się 5 sezon TWD, co umila mi piździernikowy czas i czekanie na kolejny sezon Wikingów.
Yo!
P.s.2. Zachęcam do #100happydays <3
poniedziałek, 1 września 2014
Bal fałszywych ludzi 虚偽
[Sora]
Kap. Kap. Kap. Kap.
Listopad
Kap. Kap. Kap.
Pada.
Stoję na balkonie, który na szczęście jest osłonięty i mogę obserwować
krople wody spadające z nieba. Nie boję się, że moja lawendowa sukienka
zmoknie. Byłam bezpieczna przed pogodą, bo chronił mnie dach i chociaż na
chwilę mogłam odpocząć od ludzi. Ich zakłamanych twarzy, fałszywych uśmiechów i
słodkich komplementów. Rzygać mi się od tego.
Było po północy. Bal już dawno zaczął się na dobre. Starsi przyszli w
tradycyjnych strojach - kimonach. Młodsi, tak jak ja, preferowali stroje
współczesne - sukienki, czy garnitury. Chciałabym móc pokazać się w kimonie,
ale kosztuje ono sporo, a i ubrać się nie jest łatwo. Może kiedyś, będę miała
dość pieniędzy jak i chęci.
- Zostawiasz mnie samego z bandą idiotów - usłyszałam za sobą znajomy głos.
Słyszałam powolne kroki, a zaraz ciepłe powietrze na karku. Chłopak, a może już
mężczyzna, stanął obok mnie. W garniturze nie wydawał się być rozwydrzonym,
lekkomyślnym chłopakiem, który zdaje się nie mieć marzeń, celów. Nie wydawał
się teraz być takim pustym gówniarzem, a kimś kto dąży do czegoś, lecz nie
potrafi odnaleźć drogi. Gaara Sabaku wyglądał teraz na mężczyznę.
- Dzięki - sarknął i spojrzał na mnie.
- Przepraszam. Musiałam od nich chwilę odpocząć - wytłumaczyłam patrząc
przed siebie. Chciałam chociaż udać, że nie jest jego osobą zainteresowana. Nie
po tym, co stało się jeszcze chwilę temu. Nie po tym, co wtedy poczuła.
- Całkowicie cię rozumiem. To towarzystwo nie z naszego świata, oni nigdy
nie zaznali tego co my. Jebana burżuazja - prychnął zażenowany - nie znają życia.
- My znamy, ale co nam po tym. Jesteśmy gorsi od nich.
- Gorsi? Z czym oni są lepsi? Bogacą się na nas. Śpią w najlepszych
hotelach, kiedy jadą na Malediwy za nasze pieniądze, nie ich. Okradają nas w
każdej sekundzie, każdego człowieka. Jesteśmy gorsi w tym, że od czasu do czasu
zabijemy taką szuję przez którą inni tracą domy.
Mówił to z pogardą. Patrzył na mnie i recytował dokładnie każde słowo,
jakby zwracał się do dziecka, które nic nie rozumie. Jego wzrok nawet nie był
taki sam jak zwykle. Turkusowe tęczówki po prostu nie dowierzały, że świat to
takie gówno. Czasem miałam wrażenie, że to on chciał być wzorem najgorszego
zła. A może tylko mi się teraz to zdawało.
Bo na dobrą sprawę, to ja również każdego ranka wstawałam z tym samym
beznadziejnym humorem. Z myślą, że nie mam dla kogo żyć, ani po co. Wiara, iż
musi istnieć dobro i zło, a ja jestem przedstawicielką tego drugiego, dodawała
mi jakiejś otuchy. To tak jak ludzie tłumaczą sobie śmierć bliskiej sobie osoby
- tak musiało być. Ja tak samo budząc się, wiedziałam, że właśnie do
tego jestem stworzona. By być zarazą ludzkości i naprawdę chciałam nią być. Bo
kiedy uświadamiałam sobie, że ja jestem jedynie głupią muchą, która tylko
wkurza w porównaniu do szarańczy, która potrafi zniszczyć dorobek ludzi, chciało
mi się płakać. Tak po prostu płakać, bo nie mogę nic zrobić.
Teraz zdałam sobie z tego sprawę. Gaara nie dowierzał, że świat to syf, że
życie najbardziej kopie w dupe, a ludzie to gnidy. On to już wiedział, pogodził
się z tym. To ja byłam jeszcze dzieckiem przebranym w balową suknię, które
udaje, że jest dorosłe. To ja wmawiałam sobie, że jestem złem ostatecznym.
- Sora, żyjesz? - zapytał marszcząc brwi i kładąc rękę na moim ramieniu.
- Tak, tak - westchnęłam. – Wiesz, chyba masz rację - przyznałam patrząc
się na niego. Ledwo przeszło mi to zdanie przez usta, bo wraz z jego
wypowiedzeniem jakby zniknęło to w co wierzyłam.
- Z czym?
- To nie jest miejsce dla nas. Nie powinno nas tu być. Gadałam już z
Sasuke, mam parę ciekawostek dla nas. A ty jak? - starałam się nie mówić szeptem,
jedynie obniżyłam ton głosu. Nie chcielibyśmy, aby ktoś nas usłyszał, czy
cokolwiek podejrzewał.
- Oprócz małej spiny z Itachi’m, to chyba nic - rzekł, a zaraz spojrzał na
kieszeń swoich spodni, z której wyciągnął kawałek zagiętej kartki i schował ją
z powrotem. Miał coś, czyli mogliśmy się stąd zmywać.
- Idziemy - rozkazałam i chwyciłam go za rękę, aby szedł za mną.
- Ale gdzie?
- Do mnie - mruknęłam.
***
Kilka dni wcześniej
O umówionej godzinie staliśmy w gabinecie Deidary, mojego niedoszłego
szwagra. Przez dłuższą chwilę patrzył się na mnie, aby zaraz po tym zaprosić
całą naszą czwórkę do “stołu” na którym stała butelka z trunkiem. Usiedliśmy i
czekaliśmy, aż Douhito zacznie mówić. Ten natomiast najpierw polał w sześć
szklanek alkohol i dopiero usiadł na przeciwko nas obok swojego wspólnika. Miał
na imię Sasori… Tak, Sasori. Mężczyzna podobny do Sabaku.
- Wiecie po co tu jesteście, prawda? - zapytał uśmiechając się. Chyba chciał
wprowadzić trochę luźnej atmosfery, ale niestety. Próba nie udana. Nikt nawet
nie drgnął.
- Chcemy znać szczegóły - odezwał się Yahiko. Miał normalny głos, nie
wyczułam ani nutki strachu czy jakiegokolwiek zawahania. Jestem pewna, że
gdybym się odezwała to struny skakałby mi niesamowicie.
Spojrzałam na Konan, która trzymała w ręce szklankę. Patrzyłam jak pije.
Żyła i oddychała. Nie było zatrute, więc zrobiłam to samo co dziewczyna.
Whiskey, typowe dla kogoś takiego jak Douhito. Więcej nie wiedziałam.
- Tayuyi na pewno nie porwali Uchiha. Ktoś kto ją porwał chce żebym tak
myślał. Waszym zadaniem jest ją odnaleźć żywą - powiedział twardym głosem.
- Czy macie jakieś swoje typy? - tym razem to Gaara się odezwał, ale nie
patrzyła na blondyna tylko na Sasori’ego.
- Niestety nie. Przez chwilę podejrzewałem Madarę, ale on ma na celu
jedynie zniszczenie Hyugi i przejęcie ich tajnych interesów. Nie jest
zainteresowany nawet Syberią. Znaleźć sprawcę to wasza robota, kuzynie - rzekł
Sasori, a na ostatnie jego słowo otworzyłam szerzej oczy. Gaara to kuzyn
Sasoriego. Rzeczywiście byli podobni, ale nigdy bym nie podejrzewała, że Sabaku
ma takie kontakty. Pochodzi przecież z dobrej rodziny. Spojrzałam ponownie na
niego i niestety w tym samym momencie on zerknął na mnie. Nie chciałam, aby
nasz wzrok się spotkał. Nienawidziłam tego krępującego uczucia.
- Sora, wiesz może gdzie jest Hidan? - zpytał blondyn, bacznie mnie
obserwując, kiedy odkładał pustą szklankę na stół.
- Podejrzewasz go? - zmrużyłam brwi. W życiu bym go o coś takiego nie
oskarżyła. Nigdy nie chciał, abym wpakowała się w to bagno, więc raczej unikał
by wszystkiego co mogłoby do tego doprowadzić. W tym mojej rodziny.
- Nie, ale mógłby nam pomóc - wierzyłam, że tak uważa.
- Sama bym chciała go znaleźć. Jestem przekonana, że ktoś go porwał.
Kiedy to powiedziałam Sasori zaśmiał się, co mnie zirytowało. To było
chamskie i szczeniackie zachowanie.
- Chyba za mało znałaś Hidana, młoda - skomentował.
- Chyba chcesz dostać w ryj - syknęłam i czułam na sobie wzrok każdego.
Patrzyłam na niego gniewnie. Mnie się nie wyśmiewa ot tak. I nie oskarża o małą
znajomości mojego opiekuna.
- Eee spokój. - wtrącił Deidara - Chodzi o to, że Hidan raczej nie dał się
złapać. Był zbyt… - zawahał się - profesjonalny w swej robocie, że tak to ujmę.
- uśmiechnął się i dolał każdemu z nas trunku.
- Chciałeś powiedzieć szalony. Taka prawda był szaleńcem, dlatego był tak nieprzewidywalny,
a co za tym idzie profesjonalnym mordercą - dodał Sasori, a z jego twarzy nie
schodził zdradziecki uśmieszek. - Wybasz Soro, że cię uraziłem. Jeżeli masz
taki sam temperament co siostra, to nie śmiem wątpić, że leżałbym zaraz na
podłodze - powiedział, a ja nie wiedziałam czy się ze mnie naśmiewa, czy mówi
to całkiem serio. Jego twarz nic nie zdradzała, bo uśmiech nadal na niej tkwił,
bez żadnej zmiany. Jednak jeżeli było prawdą to co mówił, to poczułam jakby
smutek z powodu, iż nie mogłam poznać mojej siostry, bo na pewno była teraz
inna niż kiedyś.
- Sasori, starczy - warknął Gaara. Czyli jednak kuzyn nadal sobie ze mnie
żartował, cóż po rodzinie nic nie ginie.
- Dość. Jesteśmy w kontakcie i mam nadzieję, że dobrze wykonacie swoje
zlecenie - ponownie usłyszałam stanowczy głos Deidary.
Wypiłam całą whiskey na raz, aby trochę się wyluzować. No frajer
zdenerwował mnie. Zauważyłam, że Yahiko zrobił to samo, ale to dlatego bo był
już trochę znudzony całą to sytuacją. Widziałam to w jego oczach i w tym jak co
chwila zasłania ręką usta gdy ziewa.
- Jeżeli to wszystko, to czy…
- Aaa, co do ciebie Konan - znów blondyn. Ech, temu to się chce gadać. -
Możesz mi powiedzieć czemu zabiłaś dziewczynę Itachi’ego.
I wtedy pomyślałam, że mogła się nie odzywać. Że ona i Yahiko mają czasem
beznadziejne pomysły. Oraz że zaraz może być zadyma. Na szczęście to ostatnie
się nie spełniło. Na wielkie szczęście, bo raczej polała by się krew.
- Osobista sprawa - rzekła niewzruszona.
- Widzisz a ja myślę, że chciałaś być cwańsza od nas, ale ci się to nie
udało. Nie wiem dokładniej co chciałaś osiągnąć poprzez to zabójstwo, które
miało wywołać większy konflikt pomiędzy mną a Uchiha, ale dam ci pewną radę.
Nie rób tego więcej. To był twój ostatni taki wybryk, rozumiesz? - mówił to
całkiem spokojnie, jakby nie chciał jej zaraz wpakować kulki w łeb, tylko jakby
naprawdę dawał przyjacielską radę. Smutne było to, że tylko jej się oberwało,
ale cóż. Yahiko nadal siedział znudzony całą tą sytuacją.
- Zrozumiałam. Możemy iść? - zapytała z lekka lekceważącym tonem, a ja
miałam ochotę walnąć ją w łeb. Mogłaby nie wywoływać wilka z lasu tym bardziej,
kiedy jest na jego terenie.
- Sasori odprowadzisz ich?
- Owszem - powiedział patrząc się w moją stronę. Przysięgałam sobie, że
kiedyś obiję mu tą przystojną buźkę.
Kiedy wyszliśmy Yahiko zaraz się ulotnił tłumacząc, że idzie z Nagato
kupować auto. Zostaliśmy w trójkę, a z nieba zaczęły spadać krople deszczu.
Lekka mżawka.
- Ja też spadam, - zapowiedziała niebieskowłosa - pamiętaj o balu - puściła
mi oczko.
- Jaki bal? - dopytywał się czerwonowłosy, a ja nadal patrzyłam za
dziewczyną.
Westchnęłąm i odwróciłam się do Gaary.
- Ten na który ze mną idziesz, niestety - rzekłam obojętnie.
- Zgłaszam sprzeciw. Mam lepsze rzeczy do roboty niż pokazywanie się gdzieś
z tobą - rzucił oschle ze zniewagą dla mnie. Zabolało.
- Przykro mi, ale musisz. Jeżeli cię to pocieszy, to dla mnie też jest
przytłaczający fakt pójścia gdziekolwiek z twoją osobą - syknęła patrząc na niego
gniewnie. Sabaku włożył ręce do kieszeni i uśmiechnął się w ten swój chamski
sposób.
- A że niby gdzie ten bal? - zapytał z wyższością w głosie, patrząc na mnie
z góry jakbym była robakiem, którego los zależy od niego.
Jebany cwel.
- Przyjęcie będzie w rezydencji zamożnych Uchih’ów.
Zaśmiał się i poczochrał mi włosy ręką. Czułam się maksymalnie poniżona,
jak jakiś dzieciak. Strąciłam jego łapę z mojej głowy i szturchnęłam go w
pierś, aby odsunął się ode mnie. Zrobił dwa kroki w tył, ale nadal nie
przestawał się ze mnie perfidnie śmiać. Zabije go.
- Znajdź sobie innego barana, który tam z tobą pójdzie - powiedział z
rozbawieniem.
- Właśnie znalazłam - syknęłam i odwróciłam się. - Dostaniesz sms’a z
miejscem i datą spotkania - rzuciłam na odchodne.
***
[Konan]
- Yahiko?! Co ty tutaj…
- nie dokończyłam, bo chłopak bez pozwolenia wszedł do mojego domu i usiadł na
fotelu, obok półki na buty. Spojrzałam na niego. Wyglądał prawie tak jak
zawsze. Gdybym tylko pominęła pokrwawioną bluzkę, rozwaloną wargę i śliwkę pod
okiem, stwierdziłabym, że nic mu nie jest. Zielona koszulka była teraz bardziej
bordowa.
- Nagato jest w szpitalu
- tyle powiedział. Jego głos był bardziej oschły.
Zamknęłam drzwi i
stanęłam naprzeciwko niego.
- Co się stało? Możesz
mi powiedzieć?
- Wdaliśmy się w bójkę -
zaśmiał się, patrząc na swoje dłonie. Kostki u prawej były pozdzierane i powoli
sączyła się z nich krew.
- Gratuluję - rzuciłam -
Co z nim?
- Zadajesz za dużo
pytań! - warknął i schował twarz w dłonie. Po chwili jednak spojrzał ulotnie na
mnie i przeczesał swoje rude włosy. Dupek. Jak może krzyczeć na mnie w moim
domu. To, że coś go trapi nie usprawiedliwia jego zachowania.
- Skoro tak, to się
wynoś - powiedziałam spokojnym głosem.
- Nagato został dźgnięty
nożem. Stracił przytomność i dużo krwi - westchnął - A tamci uciekli.
- Zapamiętałeś ich
twarze?
- Co ci mówiłem o
pytaniach - spojrzał na mnie wrogo - tak. Lepiej mnie opatrz, daj jakiś
plasterek czy coś - uchwyciłam lekki uśmiech na jego twarzy, ale zniknął tak
szybko jak się pojawił.
- Nie lepiej jechać z
tym do szpitala?
- Konan!
- Ech, dobra sorry. Za
dużo pytań - przewróciłam oczami. - Chodź.
Prowadziłam go do mojej łazienki w milczeniu. Nie byłam pewna czy zdjął
buty, ale już nie chciało mi się odzywać. Hinata najwyżej to posprząta,
przecież za to jej płacimy. Kiedy otwierałam drzwi do swojego pokoju usłyszałam
najukochańszy głos świata. Mój ojciec.
- Konan, kim jest ten
młodzieniec? - jak zwykle miły.
- To Yahiko mój kolega.
- Czy wszyscy twoi
znajomi muszą być takimi smoluchami? Nawet butów nie zdjął - podwójnie miły.
Odwróciłam się w jego
stronę. Jak mnie denerwuje ta jego parszywa morda. Kiwnęłam ręką na Yahiko, aby
wszedł i nic się nie odzywał.
- Lepsze to niż twoje
zakłamane towarzystwo - powiedziałam ze wstrętem.
- I ty moją córką.
Wstyd. Miałem cię zabrać na bal do Uchihów, abyś poznała kilkoro ludzi biznesu,
ale ty wolisz takich jak on. Gnidy bez przyszłości.
Nie chciałam tego
słuchać. Bo ile można słyszeć to samo? Te głupie gadki dumnego człowieka. On
nawet człowiekiem nie powinien się nazywać. Weszłam do pokoju i udałam się do łazienki
skąd wzięłam swoją apteczkę. Yahiko czekał na fotelu.
- Ładny domek -
skomentował - Szkoda tylko, że twój ojciec taki miły.
- Z butami miał rację -
odpowiedziałam wyciągając bandaż i wodę utlenioną.
Nic się nie odezwał.
Przysunęłam sobie stołek obok niego i usiadłam. Miał mocno rozwaloną wargę i
nie wiedziałam, czy nie potrzeba szycia. Przetarłam obok rany wacikiem
pomoczonym zwykłą wodą. Na szczęście nie drżały mi ręce, ale wiedza, iż Yahiko
się temu wszystkiemu przygląda jakoś nie pomagała. Kiedy wytarłam krew, polałam
obok rany wodę utlenioną. Boże! Ja kompletnie się nie znam na pierwszej pomocy,
a on przyszedł do mnie.
- Teraz może zaboleć - zakomunikowałam.
- Nie jestem dziewicą.
Puściłam tą uwagę mimo uszu. Faceci. Przyłożyłam nasączony spirytusem wacik
do rany.
- Aa! Kurwa - syknął i skrzywił się. - Ty to jest alkohol - dodał po
chwili.
Zaśmiałam się. I przyłożyłam wacik ponownie do jego ust. Kiedy teraz
patrzyłam, rana nie była aż taka rozwlekła. Jednak moja wcześniejsza diagnoza
była fałszywa. Nie potrzebował szycia.
- Przepraszam - powiedziałam nadal się lekko śmiejąc. Odłożyłam czerwony
wacik.
- To chyba ja cię powinienem przeprosić - powiedział, aby zaraz potem
złożyć subtelny pocałunek na mych ustach. Zaskoczona nie wiedziałam co zrobić,
a kiedy się ode mnie odsunął byłam jak słup lodu. Nie mogłam nic z siebie
wykrztusić, ruszyć się. Jedynie mrugałam i oddychałam w przyśpieszonym tempie.
- Co… - wdech - to miało… - wydech - znaczyć…
Uśmiechnął się.
- Przepraszam, że tylko tobie się dostało od Dei’a - wytłumaczył, ale ja
nadal nic. Oddychałam.
- Ach, że nie wystarczające przeprosiny? Spokojnie podołam zadaniu - i znów
zatopił się w moich ustach, tylko tym razem ja nie byłam bierna. Poczułam jak
jego dłoń plącze się w moich włosach i przyciąga jeszcze bliżej siebie. Czułam
jego ranę. Dłonią gładziłam jego kark. Było zbyt szczęśliwie, żeby mogło być
prawdziwie. Dlatego nawet jeżeli to był sen to nie chciałam się budzić.
***
[Sora]
Gdyby ktoś mi powiedział, że sala się w której się wtedy znajdowałam
należała do cesarza, to uwierzyłabym mu. Pomieszczenie, które mieściło ponad
sto ludzi, stoły z jedzeniem oraz grajków, była przyozdobiona platynowymi
żyrandolami, rzeźbami czy drewnorytami na ścianach. Panował przepych jak na
dworach barokowych, a każdy człowiek odział na siebie najwykwintniejszy strój.
Niektóre kobiety przesadziły z biżuterią, ponieważ bardziej przypominały
zachodnią choinkę, niżeli arystokratki. Przy tych ludziach czułam się goła,
mając na sobie jedynie skromną lawendową sukienkę do kolan oraz złote i czarne
akcenty w postaci butów czy naszyjnika.
Pierwsze co zrobiliśmy po przyjściu to wypiliśmy na raz kieliszek szampana.
Tak rozluźniająco. Nic nie podziałało, dlatego po chwili w dłoniach znów
trzymaliśmy pełne kieliszki słabego trunku. Obserwowałam w milczeniu inne
osoby, dopóki nie wyszedł Madara i nie przemówił. Życzył wszystkim udanej
zabawy i podziękował za przyjście oraz zaprosił do pierwszego tańca.
- Umiesz tańczyć? - zapytał się mnie czerwonowłosy.
- Średnio - skrzywiłam się.
- To sobie to darujemy. Nie chce być podeptany - mruknął złośliwie. Miły
jak zawsze.
- Chociaż raz skończ i weź się za robotę - sarknęłąm.
- Nie moja wina, że nie umiesz tańczyć, kobieto.
- Zamknij się.
Dopiłam szampana i oddaliłam się. Kiedy skończyli tańczyć wypatrywałam
wzrokiem, któregoś z Uchihów, ale niestety. Skończyło się na tym, ze usiadłam
na krześle obok stołu z drinkami i czekałam sama nie wiem na co.
- Witam. Jestem Fakuda, a pani piękne imię jak brzmi? - usłyszałam głos
dojrzałego mężczyzny. Odwróciłam głowę w prawo i zauważyłam nieznajomego po
czterdziestce, który siedział obok mnie z Martini w ręku. Zalotnie się do mnie
uśmiechał. Myślałam, że rzygnę.
- Sora, proszę pana - mruknęłam - Widział pan może gdzieś Sasuke Uchiha? -
zapytała, a nóż mi wskaże miejsce, gdzie jest.
- Proszę mi mówić na ty - upił łyk alkoholu - Pan Uchiha przed chwilą
przyszedł ze swoją nową znajomą.
- Pan wybaczy w takim razie, ale muszę udać się do Sasuke - jakoś nie
mogłam się przełamać, aby mówić do niego po imieniu. Wstałam i wsunęłam
krzesło.
- Może udać się z panią - i znów ten zalotny uśmiech.
- Przepraszam, ale to prywatna sprawa.
Co za typ. Niech znajdzie sobie kogoś w swoim wieku, a nie ciągnie do
małolaty. Kiedy zauważyłam już Sasuke udałam się w jego stronę. Niestety nie
był sam, obok niego stała Sakura. To akurat mogłam przewidzieć.
- Witam was.
- Sora. Dobrze, że przyszłaś - zagaiła Haruno z uśmiechem na twarzy.
- Tak, tak. Dziękuję za zaproszenie - ach, te sztuczne uprzejmości. Kurwa,
wcale nie chciałam przychodzić na jakiś sztywny bankiet.
- Prowadziłem ostatnio z tobą interesy, więc jak mógłbym cię nie zaprosić.
Jak się sprawdza sztylet?
- Jest idealny. Podcinanie komuś gardeł nim, to czysta przyjemność -
zaśmialiśmy się w trójkę. To nie była prawda, a potrzebne kłamstwo dla
rozluźnienia atmosfery. - Czy mogłabym zamienić z tobą parę słów, Sasuke? -
zapytałam zerkając na Sakurę. Uśmiech nie schodził jej z twarzy, ale w oczach
było widać zdziwienie oraz zaciekawienie. Ostatnim czasem nie dogadywałam się z
nią tak jak kiedyś i nasz kontakt się trochę ukrócił, ale miałam nadzieję, że
nie wydłubie mi za to oczu. Znaczy, że nie będzie próbowała.
- Jasne. Poczekasz tu na mnie - nie zapytał, a rozkazał różowowłosej.
Wyszliśmy na dwór do ogrodu, gdzie przy blasku sztucznego oświetlenia,
pięknie prezentowały się japońskie klony. Naprawdę te drzewa są niesamowicie
malownicze i mogą być wizytówką jesiennej Japonii. Usiedliśmy na jednej z
ławek. Na chwilę zdjęłam swoje czarne szpilki. Nie byłam przyzwyczajona do
chodzenia w nich, dlatego moje stopy coraz bardziej błagały o litość.
- Więc o co chodzi? - zapytał z zaciekawieniem.
- O dziewczynę Itachiego, a dokładniej o to kto ją zabił - powiedziałam
twardym głosem.
- Ludzie Deidary? - zgadywał.
- Właśnie nie. Nie ma w tym celu…
- O ile wiem porwano mu narzeczoną. Pewnie myśli, że to my. Jego celem jest
zemsta i zastraszenie - przerwał mi oschłym głosem.
- Tayuya jest moją siostrą. Z tego powodu kontaktowałam się z Douhito i
wiem, że on nie zabił tej kobiety. Jestem tego pewna, Sasuke. Ktoś kto to
zrobił, chce abyście tak myśleli.
- Masz jakieś swoje typy? I dlaczego mi to mówisz?
- Mówię ci to, bo oczekuję czegoś w zamian. Macie ludzi w policji w
więzieniu, oraz kilku ekspertów od kryminalistyki. Chcę odnaleźć siostrę -
powiedziałam z wiarygodnością. Wierzył we wszystkie moje słowa, które
powiedziałam. - Co do typów to mam jednego. Jak wiesz jestem uczennicą Hidana,
ale on zniknął. To morderstwo miało charakterystyczne dla niego znaki.
- Po co miałby to robić? - dopytywał. Chciał się upewnić, czy szczerze z
nim rozmawiam.
- Żeby was skłócić. Bylibyście w stanie wojny, a wtedy on zgarnął by
majątki dla siebie. To cwany lis i jak to się tam mówi, gdzie dwóch się kłóci,
tam trzeci korzysta, czy coś takiego - uśmiechnęłam się.
- Ale nie jesteś pewna, że to on?
- Pewna być nie mogę, jednak mogę go znaleźć z waszą pomocą.
- Jaki proponujesz układ? - zapytał. Tak! Zadanie wykonane. Rybka złapana
na przynętę. Genialnie. Czułam jak się cała raduję w duchu. Na zewnątrz jednak
wyglądałam cały czas tak samo. Musiałam zachować pokerową twarz. Nie dać
rozpoznać po sobie euforii.
- Ja złapię dla was Hidana, a wy udzielicie mi pomocy paru policjantów.
- Myślę, że mój brat bardzo się na to ucieszy. Zgoda. Daj mi jutro nazwiska
policjantów, których chcesz do swojej dyspozycji.
- Oczywiście. Ach i jeszcze coś. Macie jakiekolwiek notowania o Hidanie?
Gdybym zwiększyła swoją wiedzę znacznie by mi to pomogło.
- Zobaczę - nie zobaczysz, tylko mi to dasz.
- Dobrze.
- Ufam ci Sora i nie zmarnuj tego. Jeżeli nas wykiwasz, będzie z tobą źle.
Jedynie się uśmiechnęłam i z powrotem założyłam buty. Znów te boleści.
Sasuke odprowadził mnie do wejścia, ale sam zaraz zniknął. Weszłam do środka,
gdzie właśnie panował niesamowity gwar. Połowa tańczyła, a druga połowa
rozmawiał, piła i jadła. Niektórzy już nie wyglądali na takich dostojnych
panów, tylko jak zapite świnie.
- Soro moja droga, czemuż kazałaś mi tyle czekać? - o nie, znów ten typ.
Odwróciłam się do niego i spojrzałam mu w oczy. Musiałam trochę unieść głowę,
bo gościu miał z jakieś metr dziewięćdziesiąt. Jak na Japończyka był on
wielkoludem. Chociaż chwila. Miał europejskie rysy twarzy, więc w sumie to nie
aż tak dziwne, że jest wysoki.
- Musiałam załatwić swoje sprawy - odparłam beznamiętnie.
- Więc chyba teraz pozwolisz, że poproszę cię do tańca? - zapytał i wyjął
dłoń.
Dobra był przystojny, ale trochę godności. Czy nie stać go na laskę w swoim
wieku, tylko mnie się uczepił jak jakiś rzep. O mało się nie zakrztusiłam swoją
sliną.
- Niestety kiepsko tańczę - rzekłam nieśmiało, może to go zniechęci. Wyjdę
na jakąś zagubioną w świecie małolatę czy coś. Błagam, żeby tak to zrozumiał.
Nie chce być nie miła i robić o sobie złą opinię. To paradoksalne, nieważne.
- To mężczyzna prowadzi. Nie daj się prosić - nalegał.
Niechętnie ujęłam jego dłoń. Wytrzymam. To tylko jedna melodia, jeden
taniec i zniknę. Obią mnie w talii i nie przestawał na mnie patrzeć. Speszona
odwróciłam wzrok i dopiero po chwili przyłapałam się na tym, że wypatruję
Gaary. Teraz naprawdę chciałam go zobaczyć. Nie wiem czy to by w czymś pomogło,
ale może jakoś by zrozumiał, ze jestem w niemiłych tarapatach.
- Jestem bogatym biznesmenem z Nary i powiem szczerze, ze nigdy nie
widziałem tak pięknej panny - zaczął gadać i rzucać komplementami z dupy. Niech
tylko jeszcze zapyta czy spadłam z nieba…
- Jest tu trochę tłoczno, może…
- Przepraszam bardzo, ale Sora musi jeszcze zatańczyć ze mną - dzięki Bogu,
Gaara.
- To raczej ona decyduje - warknął mężczyzna.
O boże nigdy nie byłam w takiej sytuacji, ale nie powiem. To całkiem
przyjemne, kiedy dwóch gości rywalizuje tak jakby o ciebie. Patrzyłam to na
jednego to na drugiego i lekko się uśmiechnęłam.
- Przykro mi, ale wolę młodszych - rzekłam i przeszłam do Sabaku.
- Panu dziękujemy - nie powstrzymał się od złośliwego komentarza, kiedy
obejmował mnie w talii. Położyłam swoją rękę na jego barku. Powolnie
poruszaliśmy się w rytm muzyki i tym razem nie unikałam wzroku mojego partnera.
Wręcz przeciwnie, cały czas z grobowymi minami się na siebie patrzyliśmy, aż w
końcu on się uśmiechnął.
- Widzę, że masz wzięcie tylko u starszych - czar prysł i powrócił
irytujący Gaara.
- Ty nie masz za to w ogóle - warknęłam.
- Nawet nie wiesz jak się mylisz. Ja dostałem jakiś wygląd, nie to co ty-
zaśmiał się.
Chyba miałam go już dość na dzisiejszy wieczór. Chciałam odejść, ale wtedy
poczułam, że mocnej ściska mnie w tali i przyciąga. Spojrzałam na niego
naburmuszona.
- Piosenka się jeszcze nie skończyła - mruknął mi do ucha.
Nie byłam pewna, ale chyba zrobiłam się czerwona. Może nie byłam jakimś
burakiem, ale moja porcelanowa cera na pewno zaróżowiała.
- Ale ja skończyłam, kotku - szepnęłam.
- To mężczyzna prowadzi, więc mężczyzna decyduje - poczułam jak muska mnie
swoimi wargami w policzek. Może niechcący, ale na pewno to zrobił. Wtedy to
odsunął głowę i spojrzał na mnie, a ja próbowałam nie odwracać wzroku, ale
niestety zaraz to zrobiłam. Nic się już nie odezwałam, speszona całą tą
sytuacją. Takie romanse nie są dla mnie. Nie wiem jak się odzywać, co robić.
Patrzyłam na innych. Starsze panie w kimonach niestety nie mogły tańczyć,
więc jedynie dyskutowały. Może o sprawach biznesowych, może o rodzinach,
dzieciach. Próbowałam czymś zająć swoje myśli, niż zadręczać się tym, że Sabaku
pewnie cały czas na mnie patrzy i w duchu się ze mnie śmieje. Prostak.
Melodia dobiegła końca.
- Chyba od takiej strony mnie nie znałaś - powiedział.
- Może to i dobrze - odetchnęłam, musiałam być sobą. Walnąć jakąś głupią
ripostę, musiałam. - Romans w pracy to kiepska sprawa.
- Mi tam się dobrze oglądało “Pan i Pani Smith” - zaśmiał się.
- Niestety nigdy nie słyszałam o tym filmie - powiedziałam samą prawdę.
- Może nie będziesz musiała go oglądać.
- Może…
Delikatnie pocałował moją dłoń jak prawdziwy gentleman.
- Nie patrz się tak. Więcej razy nie zobaczysz mnie w takim wydaniu -
zapowiedział.
- Nie wątpię. Muszę się przewietrzyć.
Odeszłam. Jak najszybciej. Weszłam na pierwsze piętro gdzie było znacznie
mniej osób. Kątem oka zauważyłam, ze na jednym z balkonów nikogo nie ma. Udałam
się w tamtą stronę.
Kiedy wyszłam od razu przeszły mi ciarki. Zrobiło się
zimniej, a z nieba powoli zaczęły spadać krople deszczu. Minęła północ.
______________________________
No dobra jednak wróciłam, bo mi było cholernie szkoda.
Wybrałam opcję nr 3, znaczy to wy ją wybraliście. Naprawdę wielkie dzięki, że ktoś odpisał. To dużo daje.
Ogólnie nie miałam pomysłu na ten a'la bal, ale kiedy usiadłam i zaczęłam pisać to nie mogłam się oderwać. Nagle dostałam zastrzyk z weną. To naprawdę cudowne uczucie.
Rozdział będzie raz na miesiąc, publikowany w pierwszym tygodniu każdego miesiąca.
Z blogami zalegam, wiem. Przepraszam. Już nadrabiam, ale póki co nie skomentowałam.
Dziś 1 września, tak mówię, żeby jeszcze bardziej zdołować.
Także bajo. Do zobaczenia w październiku z kolejnym rozdziałem :)
<3
A w wakacje widziałam się z Kirą XD
Subskrybuj:
Posty (Atom)
